Jak sklasyfikować "Mój czołg" węgierskiego prozaika Viktora Horvátha? Nie wiem. Czy jest to satyra, czy może opowieść o węgierskim Forreście Gumpie? Powieść szelmowska czy historia będąca rozliczeniem Węgrów z ich niechlubnej przeszłości? A może prześmiewczo- tragiczny "Mój czołg" jest po trochu każdą z nich, takim węgierskim gulaszem?
Jest rok 1968. Breżniew, Kadar, Gomułka, Żiwkow i Ulbricht tworzą plan najazdu wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, ich tłumaczem ze słowackiego i rosyjskiego jest absolwent Moskiewskiej Akademii Wojskowej, miłośnik Kapitana Klossa, rozgrywania bitew plastikowymi żołnierzykami, poczciwy, aczkolwiek nieporadny niczym słoń w składzie porcelany, młody bezimienny porucznik. Nic nie rozumie z politycznych intryg, żyje ślepą wiarą w komunizm, a wolnym czasie koresponduje z mieszkającą w Levicach narzeczoną, zamartwiając się, czy w kontrrewolucyjnej Czechosłowacji wprowadzono już seks.
