"Długa utopia" to czwarta i przedostatnia część niezwykłego cyklu autorstwa Terrego Pratchetta i Stephena Baxtera. Do lektury zasiadłam w trochę ponurym nastroju, w końcu Pratchetta już z nami nie ma, a sama powieść ma w sobie sporo melancholii, czuć już jesienny wiatr, który wieje przez długie ziemie i nadchodzący kres.
Nie chcę odkrywać zbyt wiele z fabuły powieści, nie mam powodu, by pozbawiać Was przyjemności z odkrywania tajemnic i bogactwa jakie skrywają światy równoległe. Dla tych, którzy nie mieli okazji czytać cyklu napiszę, że założeniem Długiej Ziemi, jest to, że nasza planeta jest jedną z nieskończonego łańcuch Ziem. Przekraczanie między jedną, a drugą jest proste, wystarczy posiadać niewielkie urządzenie- kroker, który zasilany jest energią pochodzącą ze zwykłego ziemniaka. Niektórzy ludzie posiadają w sobie naturalny gen przekraczania, który umożliwia poruszanie się w dwóch kierunkach dostępnych w ramach łańcucha na zachód albo wschód.
W "Długiej Utopii" autorzy zabierają nas mniej więcej do połowy XXI wieku, niedługo po wydarzeniach które rozgrywały się w "Długim Marsie", do Ziemi zachodniej numer 1 217 756, w New Springfield. Osadnicy natykają się na coś, czego nie spotkali wcześniej na żadnej innej ziemi, a co może zagrozić wszystkim światom Długiej Ziemi.



